Ilustracja wykonana przez Karinę Hrycynę (Blond Mysz)

Paweł Gołuch – Smocze Jajo

Posłuchaj 🎧

Odcinek Pierwszy

Odcinek Drugi

Odcinek Trzeci

Odcinek Czwarty

Odcinek Piąty

Odcinek Szósty

Odcinek Siódmy

Odcinek Ósmy

Odcinek Dziewiąty

Odcinek Dziesiąty

Przeczytaj 📖

Motto

„Niesłychanie mnie ciekawi,
Jaka to potężna siła
Kogoś pragnącego dobra
Do czynienia zła zmusiła?”

Karolina

Prolog

Ta historia moi mili,
Którą zaraz Wam opowiem,
Sięga czasów, gdy rządzeniem
Zajmowali się królowie,

Gdy rycerze piękne damy
Uwalniali z wież wysokich,
A czasami patrząc w niebo
Można było ujrzeć… smoki!

Smok jest także w tej historii,
Na dodatek w głównym wątku,
Ale chyba lepiej będzie,
Jeśli zacznę od początku.

Część I. Janek

W starej chacie, powolutku
Już ku ziemi się chylącej,
Mąż i żona żyli skromnie,
Ledwo wiążąc koniec z końcem.

Mieli oni troje dzieci:
Janka, Ewę i Karola.
A poza tym chudą krowę,
Siedem kur i skrawek pola.

Nie nosili pięknych ubrań,
Czasem spać chodzili głodni,
Ale bardzo się kochali –
Nawet bracia byli zgodni.

Janek miał lat dziewiętnaście
I najstarszy był z rodzeństwa.
Mimo skromnej dość postury
Znany był ze swego męstwa,

Bowiem końcem zeszłej zimy,
W stare grabie uzbrojony,
W pojedynkę przegnał ze wsi
Stado wilków wygłodzonych.

Lecz nie zrobił tego po to,
By się chwalić takim czynem –
Myślał tylko o tym, żeby
Dom ochronić i rodzinę.

Tuż po żniwach tego roku
Wpadł do wioski jak szaleniec
Goniec z zamku królewskiego,
Z takim oto obwieszczeniem:

„Król Władysław Twardoręki
Informuje swych poddanych
O nieszczęściu jakie spadło
Na nasz kraj umiłowany.

Smok zamieszkał w jednej z jaskiń
Tuż pod szczytem Krzywej Góry
I codziennie ogniem smoczym
Atakuje zamku mury.

Król ogłasza, że śmiałkowi,
Który się pozbędzie gada
Ofiaruje złoto, ziemię
I szlachecki tytuł nada.

Ochotnicy niech się zgłoszą
W zamku u podkomorzego.
Każda wieś ma obowiązek
Wytypować choć jednego.

Nie czekajcie, aż na waszych
Domach także spłonie strzecha!”
Tutaj goniec pismo zwinął,
Pognał konia i odjechał.

A wieśniacy stali dalej,
Patrząc jeden na drugiego,
Mocno przerażeni treścią
Obwieszczenia królewskiego.

No bo jakże tutaj wybrać
Spośród siebie tego, który
Pójdzie i prawdopodobnie…
Zginie w cieniu Krzywej Góry.

Wtem na środek zgromadzenia
Wyszedł Janek wolnym krokiem
I powiedział: „Jeśli chcecie,
To ja zmierzę się ze smokiem”.

Zaraz wzięto go na ręce
I nazwano bohaterem.
Zaraz mu tobołek dano
Wypełniony chlebem, serem.

Zdążył tylko swoim bliskim
Rzec na pożegnanie słowa:
„Obiecuję wam, że wrócę”
I już traktem maszerował.

Część II. Podróż

Pieszo na królewski zamek
Było jakieś pięć dni drogi.
Pod warunkiem, że się idąc
Mocno wyciągało nogi.

Janek więc wyciągał swoje,
Momentami biegnąc prawie,
A tam gdzie go noc zastała
Mimo chłodu spał na trawie.

Po południu dnia trzeciego
Dotarł do dróg skrzyżowania,
Gdzie staruszek ślepy siedział
W potarganych już ubraniach.

Kiedy Janek podszedł bliżej
Starzec uniósł oczy białe,
Prosząc: „Zlituj się wędrowcze.
Dwa dni w ustach nic nie miałem”.

Janek bez zastanowienia
Dał starcowi bochen chleba,
Mówiąc: „Bierz, bo mi jedzenia
Wkrótce już nie będzie trzeba”.

Tamten w ciszy żuł przez chwilę
Oderwaną z chleba piętę,
Po czym spytał: „Czyżbyś także
Szedł do smoka na przynętę?

Kilku tędy przechodziło
Chętnych, by go o łeb skrócić,
Ale coś mi się wydaje,
Że już żaden z nich nie wróci.

Smoki to nie głupie bestie.
Ba! Mądrzejsze są od ludzi.
I tak całkiem bez przyczyny
To się smoczy gniew nie budzi.

Dobrze znają ludzką mowę,
Myślę więc, że nie zaszkodzi
Wprost zapytać tego smoka,
O co mu właściwie chodzi”.

Janek podziękował szczerze
Staruszkowi za poradę,
Po czym ruszył drogą dalej,
Pozostałych śmiałków śladem.

Czwartej nocy przyszła burza,
Więc się schronił w małej grocie.
Rankiem zaś na jego drodze
Stanął wóz tonący w błocie.

Przed pojazdem pełnym drewna
Ujrzał zmęczonego konia.
Zaś woźnica, ubłocony,
Siedział obok z twarzą w dłoniach.

Janek podszedł i powiedział:
„Jeśli chcesz to Ci pomogę.
Razem wóz rozładujemy
i wypchniemy go na drogę”.

Tamten wstał i patrząc z góry
(miał dwa metry tak na oko),
Odparł: „Życie mi ratujesz!”,
I uśmiechnął się szeroko.

Zaraz więc zaczęli zrzucać
Długie na pięć metrów bale,
Które choć z pozoru lekkie,
To nie były lekkie wcale.

Bo choć nieszczególnie grube,
Może tak jak noga w udzie,
To je z trudem podnieść mogli
Nawet dwaj dorośli ludzie.

Kiedy już wypchnęli z błota
Wóz, po bardzo trudnej walce,
I go znów załadowali,
Janek czuł, że nawet palcem

Ze zmęczenia nie poruszy.
Ledwo się na nogach trzymał!
Nic dziwnego, że odetchnął,
Gdy usłyszał od olbrzyma:

„Jestem Grzesiek i dziękuję,
Że pomogłeś mi z tym wozem.
Jeśli idziesz w stronę zamku,
To ja chętnie Cię podwiozę”.

Podczas jazdy Grześ i Janek
Szybko się zaprzyjaźnili.
Mieli ten sam światopogląd
I w podobnym wieku byli.

A gdy ich rozmowa zeszła
Na bieżące wydarzenia,
Grzesiek zdradził, że ma również
Coś ze smokiem do czynienia:

„Uczę się u mistrza, który
W swoim fachu jest geniuszem.
Umie bowiem doskonałe,
Jednym słowem, robić kusze.

Warsztat jest w pobliżu zamku,
I gdy tylko smok się zjawił,
Mistrz od razu wpadł na pomysł
Jak z poczwarą się rozprawić.

Całą noc nie zmrużył oka,
Projektując w gabinecie,
Wielką kuszę, jakiej jeszcze
Nie widziano na tym świecie.

Gdy przedstawił projekt w zamku,
Na naradzie kryzysowej,
Król nasz wyjątkowo hojnie
Sypnął złotem na budowę.

Warsztat ruszył pełną parą,
Ja dostałem zaś wytyczne,
Aby z miasta portowego
Przywieźć drewno egzotyczne.

Kłody, które mam na wozie,
To pnie czarnych drzew żelaznych.
Poza tym, że są najtwardsze,
Kryją sekret bardzo ważny.

Mój mistrz wierzy, że z ich drewna
Można zrobić strzały, które,
Jak podają stare księgi,
Przebijają smoczą skórę.

Budujemy trzy balisty –
Tak się zwie to urządzenie.
Ma to według planu znacznie
Zwiększyć szansę na trafienie.

Trzeba jeszcze smoka zwabić
W jedno miejsce, choć na chwilę,
Po czym go zestrzelić z nieba.
Tylko tyle!… i aż tyle!”.

Janek długo zbierał myśli,
By pytanie w końcu zadać:
„A z tym smokiem to nie można
W jakiś sposób się dogadać?”

„Prędzej Cię wysłucha burza”,
Parsknął Grzesiek, „z piorunami!”.
„Ale popatrz!”, wskazał ręką,
„Widać zamek już przed nami”.

Część III. Zamek

Ponad nurtem rzeki Długiej,
Na wzniesieniu z litej skały,
Dumnie stał królewski zamek,
Nazywany Zamkiem Białym,

Z racji tego, że od podłóg,
Poprzez mury, po sklepienia,
Wykonany był z białego,
Niczym świeży śnieg wapienia.

Cztery kwadratowe baszty
Strzegły zamku z każdej strony,
A głęboki jar przed bramą
Przejść pozwalał most zwodzony.

Najpiękniejsza jednak była,
Nieboskłonu sięgająca
Wieża, z której szczytu chyba
Dałoby się dotknąć słońca.

Janek zrobił na ten widok
Minę jakby ujrzał ducha.
Wtem usłyszał: „Zamknij usta,
Bo ci do nich wleci mucha!”

Zanim jednak się obejrzał
Na autora wypowiedzi,
Tamten, a właściwie… tamta
Już zdążyła ich wyprzedzić.

Chwilę jeszcze na swym koniu
Pięła się po stromym zboczu,
Aby im w zamkowej bramie
Ostatecznie zniknąć z oczu.

Janek zapamiętał tylko,
Prócz aksamitnego głosu,
Spływający aż do pasa
Gruby warkocz jasnych włosów.

„To królewna Karolina”,
Wyrwał go z hipnozy Grzesiek,
„Lubi, wbrew zakazom króla,
Sama włóczyć się po lesie.

Odkąd śmierć królową wzięła,
A minęła już dekada,
Król nie może ze swą córką
Jedynaczką się dogadać”.

W tym momencie usłyszeli
Okrzyk: „Mistrzu! Mały wraca!”
I przed nimi wyrósł warsztat,
W którym ciągle wrzała praca,

Chociaż słońce zaczynało
Za horyzont tarczę chować.
Obok stała jedna z balist,
Najwyraźniej już gotowa.

„Idziesz ze mną!”, huknął Grzesiek,
„Najpierw zjemy coś ciepłego,
Potem wyśpisz się i jutro
Pójdziesz do podkomorzego”.

Janek chciał zaprotestować,
Ale sił mu nie starczyło.
Kiwnął zatem tylko głową,
Mówiąc, że mu będzie miło.

Następnego dnia o świcie
Podziękował za gościnę,
I do zamku poszedł drogą
Poprzez bramę, na dziedziniec.

Podziwiając białe mury,
Tu i ówdzie na kamieniach,
Widział wielkie plamy sadzy –
Dzieło smoka bez wątpienia.

Wreszcie go do jednej z komnat
W lewym skrzydle skierowano,
Gdzie za wielkim biurkiem siedział
Człowiek łysy jak kolano.

Tylko tyle Janek o nim
Mógł powiedzieć w tym momencie,
Bo ten schylał się gryzmoląc
Piórem w jakimś dokumencie.

„Jak się zwie i skąd pochodzi?”,
Padło z ust podkomorzego,
Który wciąż nie raczył nawet
Zerknąć na zapytanego.

„Janek ze wsi Cicha Woda”,
Odpowiedział chłopak szczerze,
I znów długie, gęsie pióro
Zatańczyło po papierze.

„Teraz się w północnej baszcie
Zgłosi u dowódcy straży.
On przydzieli mu zadanie
I do niego wyposaży”.

Janek już miał odejść, kiedy,
Sam nie bardzo wiedząc czemu,
Spytał: „A czy mógłbym zmierzyć
Się ze smokiem po swojemu?”

I dopiero teraz wzeszła
Niczym słońce łysa głowa,
Z którą, w dość komiczny sposób,
Wąs sumiasty kontrastował.

Podkomorzy bardzo długo
Mierzył Janka takim wzrokiem,
Jakby chciał powiedzieć: „Głupcze!
Nie masz żadnych szans ze smokiem!”

W końcu jednak tylko ręką
Machnął jakby od niechcenia:
„Jeśli sobie życzy zginąć,
Niech mu będzie! Do widzenia!”

I okrągłą pieczęć przybił
Na dokument z taką siłą,
Że na jego wielkim biurku
Wszystko w górę podskoczyło.

Janek wrócił na dziedziniec,
Gdzie akurat ustawiano
Wielką kuszę, kładąc na nią
Celem kamuflażu siano.

A ponieważ taki obiekt
Łatwo stanąć mógł w płomieniach,
Blisko niego rozmieszczono
Beczki z wodą do gaszenia.

Nasz bohater zaś zostawił
Za plecami białe mury,
Biorąc sobie za drogowskaz
Zakrzywiony czubek góry.

Część IV. Smok

Wąską ścieżką pod bukami
Dreptał Janek z Cichej Wody.
Szlak był trudny, momentami
Stromy jak młynarskie schody.

Mimo tego młody chłopak
Szybko się do góry wspinał.
Wkrótce świerk zastąpił buka,
Świerka zaś kosodrzewina.

A gdy zbocze pochłonęły
Górskiej trawy żółte fale,
Szlak złagodniał by nareszcie
Dotrzeć na niewielką halę.

Janek z lękiem spojrzał w górę –
Wyżej była tylko skała.
Nachylona jakby właśnie
Zwalić się na niego miała.

A u stóp mierzącej ponad
Sto pięćdziesiąt metrów ściany
Widniał czarny wlot jaskini,
Bramą Piekieł nazywany,

Bowiem aż do wnętrza ziemi
Sięgał system korytarzy.
W każdym razie tak mówiono.
Sprawdzić nikt się nie odważył.

Janek ruszył w stronę groty
Rozglądając się wokoło,
A od tego rozglądania
Pot wystąpił mu na czoło.

Wszędzie się walały miecze,
Tarcze, hełmy, części zbroi.
Poskręcane od gorąca.
Chłopak oddech uspokoił,

Stanął w wejściu do jaskini,
Chwilę zbierał w sobie śmiałość,
A gdy już miał krzyknąć „Halo!”,
Z tyłu coś załopotało.

Zanim jeszcze się odwrócił,
Wiedział już co tam zastanie.
Ten, którego Janek szukał,
Właśnie siadał na polanie.

Najwyraźniej, kiedy chłopak
Pokonywał trudny teren,
Smok odwiedził Biały Zamek
Aby podgrzać atmosferę.

Janek po raz pierwszy w życiu
Mógł podziwiać to stworzenie,
Chociaż był to podziw mocno
Pomieszany z przerażeniem.

Kiedy smok wyciągnął szyję,
Sięgał ponad dach kościoła,
A gdy skrzydła swe rozłożył,
Był szeroki jak stodoła.

Twarde niczym granit łuski
Pokrywały jego ciało,
A z ogona oraz grzbietu
Mnóstwo kolców wyrastało.

Nagle zniżył łeb rogaty,
Czarny dym wypuścił nosem,
Podszedł bliżej, zmrużył oczy,
W końcu rzekł dudniącym głosem:

„A cóż to za dziwny okaz?”,
Smok wyraźnie był zdziwiony,
„Nie ma miecza do ataku,
Ani tarczy do obrony.

To szaleniec… lub bohater”,
Dodał, znowu się zbliżając,
„Choć właściwie te pojęcia
Wcale się nie wykluczają.

Tak czy owak, dam ci szansę –
Wynoś się, a ujdziesz z życiem.
Tylko radzę się pospieszyć!
Zginiesz, gdy do trzech doliczę!”

Janek głośno przełknął ślinę,
Lecz nie zrobił ani kroku.
Przez ściśnięte strachem gardło
Zaczął dukać: „Mości Smoku,

Ja przyszedłem spytać tylko…”
„Jeden!” – zagrzmiał gad skrzydlaty,
„Co Cię tak zdenerwowało…”
„Dwa!” – huknęło jak z armaty,

„Że nas atakujesz?” – skończył,
I od razu zamknął oczy,
Nieciekawy, jak się z bliska
Prezentuje ogień smoczy.

Upłynęła dłuższa chwila,
A „trzy” ciągle nie zabrzmiało.
Janek zatem jednym okiem,
Zerknął sprawdzić, co się stało.

Kilkanaście kroków przed nim
Smok na żółtej trawie siedział
I mamrotał zamyślony:
„A więc król wam nie powiedział!

Pewnie wszyscy uważacie,
Że najadłem się szaleju?!
Niech więc będzie! Chcesz? Posłuchaj!
Historyjki o złodzieju”.

Część V. Złodziej

Krzywy szczyt przesłonił tarczę
Popołudniowego słońca.
W krzywym cieniu utonęła,
Delikatnie falująca,

Górska łąka. Wiatr cichutko
W morzu suchych traw szeleścił.
Janek, siedząc na kamieniu,
Słuchał smoczej opowieści:

„Tam, gdzie bielą się od śniegu
Gór Północnych ostre szczyty,
Tam, wśród stoków oblodzonych,
Niedostępnych, niezdobytych,

Leży grota, w której mieszkam
Razem z moją ukochaną.
Wybraliśmy tę jaskinię,
Aby nam nie przeszkadzano.

Byłem pewien, że tych stoków
Żaden człowiek nie zdobędzie”.
Tutaj smok głęboko westchnął:
„Dziś już wiem, że byłem w błędzie”.

Górskie echo powtórzyło
Przepełnione żalem słowa.
Smok zastygły niczym posąg,
Patrząc w dal kontynuował:

„Spodziewamy się potomstwa.
Wkrótce z jaj się wykluć mają
Dwa bezbronne, małe smoki.
Problem w tym, że jedno jajo,

Jedno z dwojga małych smocząt,
Wykradziono z naszej groty.
A to wszystko wina mojej
Ignorancji i głupoty.

Często razem z ukochaną
Opuszczaliśmy schronienie
Lecąc do zielonych dolin,
Aby zdobyć pożywienie.

I to ja za każdym razem
Byłem tym, który powtarzał,
Że pod naszą nieobecność
Nic smoczętom nie zagraża.

Miesiąc temu otrzymałem
Gorzką lekcję przezorności,
Gdy wracając ujrzeliśmy
Ślady nieproszonych gości

Prowadzące do jaskini.
Wpadłem tam i z nóg mnie ścięło.
Nie wierzyłem w to, co widzę –
Jedno z naszych jaj zniknęło!”.

Smok przygarbił się i Janek
Myślał, że to koniec, ale
Tamten nagle głowę podniósł
I ze złością mówił dalej:

„Otrząsnąłem się by zaraz
Ruszyć śladem tych złodziei…
Lecz trafiłem w burzę śnieżną
I trop zniknął wśród zawiei.

Czułem jak gniew i bezsilność
Chcą rozerwać mnie na części.
Nagle w śniegu zobaczyłem
Tarczę z herbem czarnej pięści”.

Janek dobrze znał ten symbol.
To był herb Twardorękiego!
I zrozumiał nagle wszystko.
Smok odwrócił się do niego:

„Twój król kazał ukraść jajo,
Po czym je gdzieś w zamku schował,
I dopóki go nie odda
Będę zamek atakował!

Myli się ten, kto uważa,
Że mnie mury zatrzymają.
Dawno bym je zniszczył, gdybym
Nie bał się, że zniszczę jajo.

Idź i przekaż swemu władcy,
Że to już upomnień koniec.
Jutro będzie mógł popatrzeć,
Jak królestwo jego płonie!”.

Janek wstał, lecz zamiast odejść,
Spytał smoka drżącym głosem:
„Czy powstrzymasz się od zemsty,
Jeśli jajo Ci przyniosę?”.

Smok dość długą chwilę milczał
Przyglądając się Jankowi.
W końcu jednak odpowiedział:
„Nie zaufam człowiekowi”.

Po tych słowach się odwrócił
I skierował do jaskini.
Chłopak jednak nie odpuszczał:
„Trudno jest Cię Smoku winić,

Ale co masz do stracenia?
Jeden dzień – o tyle proszę!”.
Smok zawahał się, przystanął,
Burknął: „Jeden dzień!” i poszedł.

Część VI. Spotkanie

Noc zapadła. Księżyc świecił
Pełnią swojej srebrnej tarczy.
Jego blask musiał Jankowi
Podczas drogi w dół wystarczyć.

Chłopak spieszył się do zamku.
Wiedział bowiem doskonale,
Że jak ma odzyskać jajo,
To tej nocy… albo wcale.

Gdy przed bramą wreszcie stanął,
Na krawędzi rozpadliny,
Do poranka pozostały
Już niecałe dwie godziny.

Cale szczęście most od razu
Opuszczono, kiedy krzykiem
Powiadomił wartowników,
Że jest nowym ochotnikiem.

Zamiast jednak na dziedzińcu
Czekać grzecznie aż do wschodu,
Tak jak strażnik mu rozkazał,
Janek zakradł się do schodów,

Których stopnie prowadziły
Do wysokich, łukowatych,
Dwuskrzydłowych drzwi. Za nimi
Król prywatne miał komnaty.

Janek swe poszukiwania
Zacząć chciał od tych pokoi.
Ruszył więc, lecz nagle spostrzegł,
Że przed drzwiami strażnik stoi.

Już chciał szukać innej drogi,
Gdy dobiegło go chrapanie –
Strażnik, z halabardą w rękach,
Smacznie spał oparty na niej.

Janek, jak najciszej umiał,
Wspiął się po ostatnich schodkach,
Minął śpiocha, drzwi uchylił,
Po czym wśliznął się do środka.

Dalej ruszył przez korytarz
Delikatnie oświetlony
Żółtym światłem lamp oliwnych.
Minął salon z prawej strony,

Zaraz za nim bibliotekę,
Skręcił w lewo przy jadalni,
By za kuchnią znaleźć wreszcie,
Jak przypuszczał, drzwi sypialni.

Naciskając klamkę myślał:
„Jak mnie złapią, pewnie zginę”.
Wstrzymał oddech, gdy zawiasy
Zaskrzypiały odrobinę.

Wszedł na palcach do komnaty
Rozglądając się w półmroku.
W księżycowym świetle ledwo
Rozpoznawał kształty wokół:

Szafa, łoże z baldachimem,
Toaletka, biurko, stolik.
Wreszcie kredens, do którego
Chłopak zbliżył się powoli.

Kiedy już podnosił rękę
Do uchwytu mosiężnego,
Z tyłu dobiegł zgrzyt krzesiwa
I pytanie: „Szukasz czegoś?”

„Znam ten głos!”, pomyślał Janek,
„On mi kogoś przypomina”.
Powolutku się odwrócił.
Przed nim stała Karolina.

Najwyraźniej usłyszała,
Że ktoś wchodzi do pokoju
I schowała się za drzwiami.
Co ciekawe, była w stroju

Jakby właśnie zamierzała
Na swojego konia wskoczyć.
Chłopak jednak widział tylko
Jej błękitne, wielkie oczy.

Poczuł przy tym falę ciepła,
Jakby z kaflowego pieca,
Chociaż nie sprawiła tego
Zapalona właśnie świeca.

Stał tak, gapiąc się na młodszą
O dwa lata Karolinę,
Najzupełniej nieświadomy,
Że znów robi głupią minę.

Oprzytomniał, gdy podeszła
Ze świecznikiem uniesionym
I stwierdziła: „Proszę, proszę,
Toż to przecież Pan Zdziwiony.

Może powiesz mi dlaczego
Zwiedzasz nocą mą komnatę,
Czy też wolisz sobie o tym
Pogawędzić z naszym katem?”

Janek i bez groźby wszystko
Mógłby wyznać Karolinie,
Choćby tylko po to, żeby
Chwilę dłużej zostać przy niej.

„Ojciec Twój”, niezdarnie zaczął,
„Znaczy… Waszej Wysokości,
Zabrał jajo tego smoka –
Tego, który tak się złości.

Gdyby mu je oddać zatem,
Wtedy smok poleci sobie.
Według mnie warto spróbować,
No i… ja to… właśnie robię.”

Skończył, pogodzony z faktem,
Że nie wyjdzie z tego cało.
W takiej sytuacji bowiem,
Szczera prawda to za mało.

Zdziwił się więc, gdy królewna
Zamiast pobiec po strażnika,
Wyszeptała: „Czyżby przez to
Zaczął drzwi na klucz zamykać?”

Nagle wymierzyła palec
W Janka twarz i wycedziła:
„Sprawdzę to, a jeśli kłamiesz,
Już nie będę taka miła.

Idę do komnaty ojca,
A ty grzecznie pójdziesz ze mną!”
Tu zdmuchnęła płomień świecy
I znów się zrobiło ciemno.

Część VII. Jajo

Janek ruszył za królewną,
Która, ku zdziwieniu jego,
Wyszła na swój balkon, po czym
Wyjaśniła mu dlaczego:

„Jego pokój jest tuż obok,
Lecz nie wpuszcza tam nikogo.
Drzwi zamyka w dzień i w nocy.
Spróbujemy więc tą drogą”.

Po tych słowach Karolina
Wspięła się na balustradę
I pomiędzy balkonami
Zwinnie skoczyć dała radę.

Janek zrobić chciał to samo,
Wszak odważnym był człowiekiem,
Lecz gdy spojrzał w dół na przepaść
I płynącą w dole rzekę,

Nogi zmiękły mu w kolanach,
W głowie poczuł wirowanie.
Mimo wszystko skoczył, ale…
Miał problemy z lądowaniem.

Stracił bowiem równowagę,
W tył za mocno się wychylił,
No i spadłby bez wątpienia,
Gdyby mu w ostatniej chwili

Nie pomogła Karolina,
Ciągnąc go za skraj koszuli.
Przez to wpadł z rozpędu na nią
I… niechcący ją przytulił.

Odepchnęła go stanowczo
I wyjęła nóż myśliwski,
Mówiąc groźnie: „Tak na przyszłość –
Daruj sobie te uściski”.

Janek bąknął, że przeprasza
A królewna noża koniec,
Odwróciwszy się, zaczęła
Wtykać w okna na balkonie.

W końcu w jedną spośród szczelin
Ostrze wsunąć się udało –
Dość, aby podważyć rygiel.
Szczęściem okno nie skrzypiało.

Król cichutko pochrapywał
Kiedy wyszli zza zasłony.
Od komody biło światło
Dwóch świec na niej ustawionych.

Między nimi piękny stojak,
Niczym wielki, złoty pająk,
Na swych ośmiu cienkich nogach,
Podtrzymywał Smocze Jajo.

Karolina nie umiała
I nie chciała w to uwierzyć,
Że jej ojciec się dopuścił
Takiej, podłej wręcz, kradzieży.

Kiedy jednak położyła
Rękę na skorupie z szarych,
Twardych, półokrągłych łusek
Wybuchnęła: „Nie… do… WIARY!

Cały zamęt, smok, płomienie –
To jest wszystko jego wina!”
Nagle rozległ się w komnacie
Głos jej ojca: „Karolina?”

Król na swoim łożu usiadł,
Omiótł wzrokiem włamywaczy,
Po czym zwrócił się do córki:
„Możesz mi to wytłumaczyć?”

Ona jednak drzwi dopadła
I klucz w zamku przekręcając,
Odwróciła się do Janka,
Krzycząc: „W nogi! Zabierz Jajo!”

Część VIII. Ucieczka

Janek razem z Karoliną
Uciekali korytarzem
A za nimi król w piżamie
Pędził, wrzeszcząc: „Straże! Straże!”

Chłopak trzymał w rękach jajo.
Niezbyt ciężkie, wbrew obawom.
Biegli prosto głównym holem,
Przy jadalni ostro w prawo,

A gdy wrota na dziedziniec
Były już o rzut beretem,
Wpadł do środka halabardnik,
Otwierając je z impetem.

Spojrzał na królewnę, która
W biegu „Baczność!” zawołała.
Stanął więc i pierś wyprężył,
Zastygając niczym skała.

Ruszył się dopiero wtedy,
Kiedy doszedł go z daleka
Okrzyk Jego Wysokości:
„Łap ich głupcze! Na co czekasz?!”

Para zbiegów gnała dalej,
Chcąc przez bramę dać drapaka.
Naraz król ze schodów ryknął:
„Brać królewnę i chłopaka!”

Na ten rozkaz, na dziedziniec,
Z wielu miejsc wypadły straże.
Dodatkowo, jakby na złość,
Niebo już zaczęło szarzeć,

W związku z czym uciekinierów
Widać było jak na dłoni.
Przystanęli, myśląc szybko,
Jak tu wymknąć się pogoni.

Z każdej strony nadciągali
Ścigający ich żołnierze.
Nagle Janek, krzycząc: „Tutaj!”,
Wskazał na wysoką wieżę,

Stanowiącą w czasie wojny
Punkt obrony ostatecznej.
Karolina na ten pomysł
Rzekła: „Nie, to niedorzeczne!

Stamtąd już nie uciekniemy!”
Straże jednak były wszędzie.
Pchnęła go więc w stronę wieży,
Mówiąc: „Dobra, niech ci będzie!”

Wbiegli po drewnianych schodach,
Po trzy, cztery stopnie naraz,
Znajomego z halabardą
Mając za plecami zaraz.

Przez niewielkie drzwi do środka
Wpadli i w ostatniej chwili
Metalową, ciężką sztabą
Zablokować je zdążyli.

Strażnik jednak się nie poddał.
Raz za razem w deski twarde,
Niczym zawodowy rębacz,
Wbijał ostrą halabardę.

Oni więc się pięli dalej,
Poprzez cztery kondygnacje,
Na szczytowy taras, aby
Tam ocenić sytuację.

Ta, niestety, także z góry
Wyglądała nieciekawie.
Janek spojrzał w dół i cicho
Jęknął: „No, to po zabawie”.

Karolina zaś podeszła
Do krawędzi, bardzo blisko,
I ze złością zawołała:
„Za dwa skrzydła oddam wszystko!”

Nagle cień po niebie przemknął
I po chwili gdzieś z wysoka
Dobiegł głos, Jankowi znany:
„Czy ktoś tu zamawiał smoka?”

Część IX. Skrzydła

„Do balisty! Cel na wieży!”,
Rozkaz dał dowódca straży,
„Tylko tak, żeby niczego
Wstrętny gad nie zauważył.”

„Za mną”, dodał i na czele
Grupy kilku osób ruszył.
Pośród nich był duży Grzesiek –
Uczeń konstruktora kuszy.

Smok tymczasem wylądował
Na zamkowej wieży szczycie
Obok Janka i królewny
Oniemiałych całkowicie.

Chłopak pierwszy głos odzyskał
I, choć wciąż był w dużym szoku,
Zdołał spytać bardzo mądrze:
„Co Ty tutaj robisz Smoku?”

Tamten łeb przekrzywił lekko,
Jakby dziwił się pytaniu:
„Czyżbyś nie pamiętał chłopcze
Moich słów o zaufaniu?

Od początku wszystko z góry
Obserwuję po to, żeby
Pomóc Ci… albo przeszkodzić,
W zależności od potrzeby.

Mimo wielu niebezpieczeństw
Wywiązałeś się z umowy”,
Tutaj smok popatrzył wokół,
„A przynajmniej do połowy.

Wiem, że jeśli tu zostaniesz
Złapią Cię i pewnie zginiesz.
Proponuję zatem transport.
Chyba jestem Ci to winien.”

Zanim Janek odpowiedział,
Usłyszeli zawołanie:
„Karolinko, stój spokojnie!
Uratuję Cię kochanie!”

Król Władysław krzyczał do nich
Stojąc na najbliższej baszcie.
Chociaż ciągle był w piżamie,
Zdążył się już okryć płaszczem.

Karolina poprzez blanki
Wokół wieży wychylona
Wykrzyczała: „Wiem o wszystkim!
Jestem Tobą zawiedziona!”

„Pozwól, że to wytłumaczę”,
Król zamierzał grać na zwłokę
Póki ludzie od balisty
Nie rozprawią się ze smokiem.

Właśnie byli na etapie
Naciągania grubej liny.
„Daruj sobie!” – padły słowa
Z ust królewny Karoliny.

Ona sama zaś do ojca
Odwróciła się plecami
I na smoka patrząc twardo
Wypaliła: „Lecę z Wami!”

Janek, widząc jak oblicze
Smoka nagle pociemniało,
Stanął przed nim i powiedział:
„Bez niej by się nie udało.”

Tamten kilka słów pod nosem
Po smoczemu wymamrotał,
W końcu jednak rzekł: „Niech będzie.
Choć to według mnie głupota.”

Potem zwrócił się do Janka:
„Jeśli możesz, bądź tak miły,
Trzymaj jajo podczas lotu,
W obu rękach, z całej siły.”

„A Ty”, spojrzał na królewnę,
„Jeśli chcesz dołączyć do nas,
Chwyć chłopaka z tyłu mocno,
Tak by zamknąć go w ramionach.”

Karolina bez wahania
Wykonała rozkaz smoczy.
W taki uchwyt Janka wzięła,
Że mu z orbit wyszły oczy.

On rzecz jasna na ten uścisk,
Jak przystało na człowieka,
Który znieść potrafi wiele,
Absolutnie nie narzekał.

Smok zaś objął ich oboje
I bez trudu wystartował.
Nie ważyli w końcu dużo –
Znacznie mniej niż średnia krowa.

Ledwo wzbił się ponad wieżę,
Z dołu wymierzono w niego
Wielką kuszę uzbrojoną
W strzałę z drewna żelaznego.

Za nią stał dowódca, który
Był najlepszym spośród strzelców.
Nękającą zamek bestię
Miał w tej chwili na widelcu.

Chwycił mocno dźwignię spustu,
Aż tu nagle duży Grzesiek
Zaczął krzyczeć: „Stać! Nie strzelać!
Smok tych dwoje w łapach niesie!”

Szef strażników warknął na to:
„I co z tego? Ci zbiegowie,
Od początku, bez wątpienia,
Z tą poczwarą byli w zmowie!”

Po tych słowach zwolnił linę.
Grzesiek krzyknął: „Nie!” i skoczył.
Pchnął balistę dzięki czemu
Pocisk lekko z toru zboczył…

Chciałbym, aby tym sposobem
Olbrzymowi się udało
Uratować całą trójkę
Przed pędzącą w niebo strzałą.

Prawda jednak brzmi inaczej.
Smok był nad zewnętrznym murem,
Kiedy czarny bełt go trafił,
Robiąc w jego skrzydle dziurę.

Stracił przez to równowagę,
Mocno nim zakołysało,
Mimo wszystko leciał dalej
I przez chwilę się zdawało,

Że już naszych bohaterów
Żadna pogoń nie dopadnie.
Nagle smok w powietrzu zawisł,
Po czym runął w dół bezwładnie.

Część X. Przepowiednia

Słońce wzeszło nad horyzont,
Dzień powoli się zaczynał.
Echo niosło po dolinie
Krzyk monarchy: „Karolina!”

Król w asyście kilku zbrojnych
Poprzez łąkę biegiem zmierzał
Tam, gdzie z nieba zestrzelony
Wielki smok na trawie leżał.

Ponad szarym cielskiem stało
Pochylonych dwoje ludzi.
Wyglądało, jakby ze snu
Próbowali go wybudzić.

Twardoręki dotarł do nich.
„Córciu”, spytał, „Jesteś cała?
Już myślałem, że Cię stracę,
kiedy bestia was porwała.”

Odwróciła się do niego
Z groźną miną: „Co ty pleciesz?
Nikt nikogo nie porywał!
Sama chciałam z nimi lecieć.

A gdy Twoi ludzie, ojcze,
Zabić smoka próbowali,
On odwrócił się spadając,
Po to, żeby nas ocalić.

Sam ucierpiał jednak bardzo
I wciąż nieprzytomny leży.
Bez pomocy wkrótce umrze!
Wprost nie mogę w to uwierzyć,

Że odpowiedzialny za to
Jest mój ojciec! A powodem
Było to, by nietypową
Rzecz postawić na komodę.”

Tu wskazała dłonią Janka,
Który ciągle Smocze Jajo
Trzymał, tak jak smok mu kazał,
W obu rękach je ściskając.

„Chciałem dobrze…”, zaczął władca,
Lecz od razu Karolina
Mu przerwała: „Chciałeś dobrze?
To jest chyba jakaś kpina!

Niesłychanie mnie ciekawi,
Jaka to potężna siła
Kogoś pragnącego dobra
Do czynienia zła zmusiła?”

„Uczyniłem to dla Ciebie,
Żebyś mogła być szczęśliwa”,
Odparł król i na reakcję
Córki chwilę oczekiwał.

Widząc jej zdziwienie, podjął:
„Już niedługo wyjdziesz za mąż…”,
„Tato przestań!”, „Daj mi skończyć!
Sama widzisz, że pod bramą

Coraz częściej się zjawiają
Do Twej ręki kandydaci.
Chwalą mi się tytułami,
Mówią, jacy są bogaci.

Każdy ślubu chce, lecz żaden
Nawet nie zaproponował,
By się z Tobą najpierw spotkać
I zamienić choć dwa słowa.

Nie obchodzisz ich zupełnie.
Marzą tylko o koronie.
Chcą się żenić, po to żeby
Na królewskim zasiąść tronie.

A ja pragnę, by prawdziwie
Ktoś pokochał Ciebie samą.
Żebyś była z nim szczęśliwa,
Jak ja byłem… z Twoją mamą.”

Tutaj głos mu się załamał,
Krótką chwilę milczał, po czym
Wziął się w garść i mówił dalej,
Patrząc Karolinie w oczy:

„Odwiedziłem starą wiedźmę
Na Mokradłach Zapomnienia.
Zapytałem ją, czy w kartach
Nie dostrzega gdzieś imienia

Tego, który moją córkę
Będzie pragnął sercem całym.
Gdzie go szukać i co zrobić,
By ich drogi się spotkały?

Wiedźma rozłożyła karty,
Których układ nam wyjawił,
Że mam zdobyć jajo smoka.
Wówczas w zamku się pojawi

Pewien człowiek, który będzie
Moją córkę kochał szczerze.
W szklanej kuli zobaczyłem
Gdzie odnajdę smocze leże.

Rozkazałem ukraść jajo.
Miałem gdzieś, co będzie potem.
Dziś już wiem, że źle zrobiłem.
Dziś dostrzegam swą głupotę.

Chciałem zyskać krzywdząc innych.
Cel osiągnąć cudzym kosztem.
Przez to omal nie straciłem
Tego, co mi jest najdroższe.”

Naraz król zacisnął pięści,
Oczy mu się zaiskrzyły
I oświadczył po królewsku,
Głosem pełnym wielkiej siły:

„Dość fałszywych przepowiedni!
Miłość wróżb nie potrzebuje!
Sama w końcu znajdziesz tego,
Kto na Ciebie zasługuje.

Wynagrodzę wszystkie krzywdy!
Smoka zaraz przenieść każę
Do pałacu, gdzie najlepsi
Będą leczyć go lekarze.

Jak najszybciej wyślę gońców,
By odnieśli Smocze Jajo.
Wieżę w to, że jeszcze kiedyś
Smoki ludziom zaufają.

Obiecuję Ci córeczko,
Że naprawię to, zobaczysz.
I z nadzieją będę czekał
Na dzień, w którym mi wybaczysz.”

Król już odejść chciał, by wszystko,
Co przed chwilą rzekł wykonać,
Gdy królewna Karolina
Nagle wpadła mu w ramiona.

Mówiąc: „Kocham Cię tatusiu”
Przytuliła się do niego.
Naraz coś ją tknęło, aby
Spojrzeć w tył na stojącego

Kilka kroków za nią Janka.
Otrząsnęła się po chwili:
„A co, jeśli”, wyszeptała,
„Przepowiednia się nie myli?”

Epilog

Przeszła jesień, zima, wiosna,
Minął rok od tamtych zdarzeń.
Jak się pewnie domyślacie,
Karolina przed ołtarzem

Pojawiła się u boku
Janka ze wsi Cicha Woda.
Siedem dni trwało wesele,
Które Pan i Panna Młoda,

Wbrew przyjętym obyczajom,
W tejże wiosce urządzili,
Aby wszyscy jej mieszkańcy
Razem z nimi się bawili.

Był tam także król, rzecz jasna,
Duży Grzesiek zwany „Małym”,
Niewidomy starzec oraz
Szef strażników, posiwiały.

Ja sam, co mnie bardzo cieszy,
Także na weselu byłem.
Nawet kilka razy z Ewą,
Siostrą Janka, zatańczyłem.

Kiedy zaś spojrzenie swoje
Skierowałem pod obłoki,
Zobaczyłem jak dwa duże
I dwa małe lecą smoki.

Poruszony tą historią
Sporządziłem tę lekturę,
Zapisując wszystko dla Was
Swoim długim, gęsim piórem.

Dalsze życie nowożeńców
Mogłoby nam przypominać
Piękną bajkę, gdyby nie to,
Że czasami Karolina

Wyjeżdżała gdzieś na koniu
Zanim jeszcze dzień zaświtał,
Zdziwionego Janka prosząc,
Aby o nic jej nie pytał.

On, po jakimś czasie jednak,
Był tak głodny odpowiedzi,
Że pewnego dnia królewnę
Zaczął potajemnie śledzić.

Może zrobił głupio, chociaż…
Dzięki temu się przekonał,
Gdzie tak tajemniczo znika
Wczesnym rankiem jego żona.

Czego zatem się dowiedział?
Czy mu podstęp uszedł płazem?
Bardzo chętnie Wam opowiem…
Ale to już innym razem.

Pobierz PDF z treścią

Zajrzyj na stronę Pawła  👉  pawelrymuje.pl

Jego kanał też odwiedź   👉   YouTube

Paweł Gołuch na #TataMariusz

Paweł Gołuch

Na co dzień mąż oraz ojciec dwóch chłopaków. To dla nich zaczął pisać i teraz nie bardzo umie przestać. Z wykształcenia jest programistą. Być może dlatego swoje wiersze traktuje jak kod programu – każde słowo ma ogromne znaczenie.

Nie lubi określenia „poeta”. Woli, żeby nazywać go „wierszokletą”.

Obecnie prowadzi mały warsztat tapicerski. Uwielbia włóczyć się po górach, grać w siatkówkę i rzępolić na gitarze.

Strona autora: >> klik <<

Posłuchaj

Wszelkie kopiowanie i rozpowszechnianie utworów w jakiejkolwiek formie bez zgody autora będzie rodziło skutki prawne na podstawie ustawy z dn. 4 lutego 1994 r. o Prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Dowiedz się więcej 👉 klik.