Guido Gozzano – Srebrna zajęczyca i inne baśnie – Legenda o sześciu towarzyszach

Posłuchaj

Wykorzystana treść pochodzi z zasobów strony wolnelektury.pl

>> link do utworu <<

Subskrybuj!

#TataMariusz na Spotify

Spotify

#TataMariusz na Apple Podcasts

Apple Podcasts

#TataMariusz na Google Podcasts

Google Podcasts

#TataMariusz na YouTube

YouTube

#TataMariusz na Podcast Addict

Podcast Addict

#TataMariusz na Player FM

Player FM

Przeczytaj

Dawno temu żył sobie starzec, który miał trzech synów, ale nie miał żadnego majątku. Pewnego dnia przyszedł do niego najstarszy z nich i rzekł:

— Chciałbym wyruszyć w świat ku przygodzie.
— Nie będę cię zatrzymywał, jednak wszystko, co mogę ci dać, to dziesięć skudów — odpowiedział ojciec.
— To niewiele, ale musi mi wystarczyć.

Dezyderiusz — bo tak miał na imię młodzieniec — zabrał monety i ruszył przed siebie.

Gdy dotarł do miasta, ujrzał herolda, który donośnym głosem obwieszczał wszem i wobec, co następuje: „Jego królewska mość szuka kogoś, kto potrafiłby zbudować statek, który byłby w stanie przemierzać zarówno wody, jak i lądy. Nagrodą będzie ręka księżniczki”.

„Chcę spróbować” — pomyślał Dezyderiusz, po czym podszedł do herolda i powiedział, że jest gotów podjąć się tego wyzwania.

Zaprowadzono go do królewskiego pałacu, a następnego dnia dostał siekierę do ścięcia drzewa niezbędnego do budowy statku.

Pracował cały ranek, a w południe usiadł w cieniu starego kasztanowca i zaczął jeść chleb.

Przyglądała mu się z zaciekawieniem sroka, skacząc coraz niżej z gałęzi na gałąź. W końcu przemówiła, chrapliwie skrzecząc:

— Daj mi kawałek! Ja też chcę!

I błagalnie wysuwała dziób, próbując dosięgnąć dłoni Dezyderiusza.

— Zostaw mnie w spokoju, ty natrętnico! — krzyknął zniecierpliwiony młodzieniec.

Sroka podfrunęła dwie gałęzie wyżej.

— Co robisz? — spytała.
— Łyżki strugam — zadrwił z ptaka Dezyderiusz.
— Łyżki! Łyżki! — zaskrzeczała sroka, skacząc w górę po gałęziach.

I zniknęła.

Po skończonym posiłku Dezyderiusz wrócił do pracy, ale za każdym razem, gdy uderzał w drzewo siekierą, odpadał od niego kawałek w kształcie nierównej łyżki. Nie było sposobu, żeby temu zaradzić. Próbował kilka razy, aż w końcu zrozumiał, że padł ofiarą jakiegoś zaklęcia.

— Ta przeklęta sroka zaczarowała moją siekierę!

Wyrzucił narzędzie i wrócił do ojcowskiego domu.

— Już z powrotem? — zdumiał się ojciec.
— Tak. Lepsze życie razem z tobą w moim własnym domu od jakiejkolwiek przygody.

I ani słowem się nie zająknął o królewskim obwieszczeniu ani o tajemniczej sroce.

Przyszła kolej na średniego syna, Ponuraka.

Ojciec dał mu na drogę zaledwie pięć skudów.

Po dotarciu do miasta Ponurak usłyszał obwieszczenie i postanowił spróbować swoich sił. Przepracował całe przedpołudnie, a potem usiadł u stóp stuletniego kasztanowca i zaczął skubać chleb.

Zobaczyła to sroka i zaczęła zbliżać się w jego stronę, skacząc z gałęzi na gałąź.

— Daj mi kawałek! Ja też chcę!
— Zostaw mnie w spokoju, ty natrętnico!

Sroka zbliżała się, trzepocząc skrzydłami, aż w końcu Ponurak przegnał ją ręką. Sroka podfrunęła na wyższe gałęzie.

— Co tu robisz? — zapytała.
— Kule dla twoich nóg, ciekawska sroko! — zadrwił z niej młodzieniec.
— Kule! Kule dla moich nóg! — zaskrzeczał ptak, chowając się pośród liści.

Po tych słowach zniknął.

Ponurak wrócił do pracy, jednak przy każdym ciosie siekiery od drzewa odpadał kawałek drewna w formie niewielkich kul.

„To ptaszysko rzuciło na mnie czar” — pomyślał Ponurak, po czym zostawił siekierę i rozczarowany udał się w drogę powrotną do domu.

Przyszła kolej na wyprawę najmłodszego syna, chłopca bladego i małomównego, który zwał się Serdecznik.

— Twoi starsi bracia sobie nie poradzili, a ty myślisz, że ci się uda? — zapytał go ojciec.
— Może dla mnie los będzie łaskawszy. Pozwól mi wyjechać, ojcze.

Serdecznik dotarł do miasta, usłyszał królewskie obwieszczenie, po czym postanowił podjąć się tego wyzwania. Po skończonej pracy w lesie usiadł pod wiekowym kasztanowcem i zaczął podjadać chleb.

— Daj mi kawałek! Ja też chcę! — usłyszał nagle.

Chłopiec podniósł wzrok i ujrzał nachyloną ku niemu srokę.

— Masz, biedna istoto!

Rozdrobnił chleb i rzucił go na trawę. Sroka, jedząc okruchy, zapytała:

— Co tu robisz?

Serdecznik opowiedział jej o wyzwaniu, którego się podjął.

— Powodzenia! Obyś zrobił piękny statek! — zaskrzeczała sroka, wskakując po gałęziach kasztanowca.
— Niech dobry Bóg wysłucha twojego życzenia!

Serdecznik wrócił do pracy i przy każdym ciosie siekierą w pień od drzewa odpadał już gotowy, oszlifowany fragment statku. Poszczególne jego części przyciągały się do siebie i łączyły jakby za sprawą magnetycznej siły.

„To jakieś czary!” — pomyślał uradowany Serdecznik.

Przed zachodem słońca cudowny statek był gotowy. Chłopiec stanął za sterem, po czym ruszył przed siebie poprzez pola, rzeki, doliny i jeziora, siejąc przerażenie wśród mijanych na swej drodze wieśniaków.

W końcu spotkał człowieka, który gryzł kość.

— Co robisz? — spytał go Serdecznik.
— Umieram z głodu! — odpowiedział tamten.
— Płyń ze mną, a będziesz miał co jeść.

I Wszystkojad — bo tak mężczyzna miał na imię — wsiadł na statek.

Niedługo później, przy źródle, spotkali kolejnego człowieka.

— A ty? Co tu robisz?
— Wypiłem całą wodę z tego źródła, a teraz czekam, aż znów się napełni, gdyż jeszcze nie ugasiłem pragnienia.
— Płyń ze mną, a będziesz miał co pić.

I Wszystkopij — bo tak miał na imię mężczyzna o niegasnącym pragnieniu — wsiadł na statek.

Niedługo później spotkali człowieka, który biegał chyżo niczym jeleń, choć na nogach miał kamienie młyńskie.

— Co ty robisz? — spytał go Serdecznik.
— Chcę złapać zająca, który będzie tędy przebiegał — odpowiedział tamten.
— I dlatego masz na nogach kamienie młyńskie, głupcze?
— To dlatego, że biegam zbyt szybko. Nawet z tymi kamieniami wyprzedzam o kilka mil zająca, którego próbuję złapać.
— To niesłychane! Chcesz popłynąć z nami statkiem?

I niesamowity biegacz — a zwał się Prędkobiegacz — wsiadł na magiczny statek.

O zmierzchu spotkali kolejnego mężczyznę, który trzymał w dłoni naprężony łuk i namierzał niewidoczny dla nich cel.

— Co robisz, łuczniku? — spytał Serdecznik.
— Celuję do tego zająca, którego widzę w oddali, na tamtej górze.
— Stroisz sobie z nas żarty…

W tym momencie łucznik wypuścił strzałę i powiedział:

— Mam go! Trafiłem! Ale stąd do tej góry będzie z siedem mil i boję się, że ktoś będzie tamtędy przechodził i zabierze moją zdobycz.
— Szybko, Prędkobiegaczu! — rzekł Serdecznik. — Biegnij i zobacz, czy leży tam martwy zając, czy może napotkaliśmy zwykłego pyszałka!

Prędkobiegacz pobiegł i w mgnieniu oka wrócił z zającem.

— Jesteś niezrównanym łucznikiem! — powiedział Serdecznik do Bystrooka, gdyż tak mężczyzna miał na imię. — Dołącz do nas!

Bystrook wszedł na pokład i statek ruszył w dalszą podróż.

Niedługo potem spotkali mężczyznę, który leżąc przykładał ucho do ziemi.

— Co robisz? — spytał go Serdecznik.
— Wczoraj posiałem owies i słucham, jak rośnie…
— Ale wrażliwy musisz mieć słuch! — rzekł Serdecznik. — Tęgosłuchu — (bo tak miał on na imię) — dołącz do nas! Sześciu takich towarzyszy przygody może dokonać wielkich rzeczy.

Było ich zatem sześciu na cudownym statku: Serdecznik, Wszystkojad, Wszystkopij, Bystrook, Tęgosłuch, Prędkobiegacz. Statek ruszył w dalszą drogę, aż w końcu triumfalnie wpłynął do miasta, z jednej strony wzbudzając radość jego mieszkańców, z drugiej zaś wywołując ich zdumienie.

Serdecznik zszedł ze statku i stanął przed obliczem króla.

— Wasza wysokość, do usług. Twoja córka jest moja.

Król z podziwem przyglądał się statkowi, jednak wzdragał się na myśl o oddaniu swej córki temu ubogiemu przybłędzie.

— To za mało. Zanim pozwolę ci poślubić moją córkę, musisz przejść jeszcze inne próby…
— Jestem gotów się ich podjąć.
— A zatem do dzieła! — rzekł król. — Mam w swoich oborach pięćdziesiąt wołów, które ty lub któryś z twoich towarzyszy musicie zjeść w ciągu ośmiu dni.
— Spróbujemy, wasza wysokość.

Serdecznik powierzył to zadanie Wszystkojadowi i cztery dni później w oborach po wołach nie było ani śladu.

Król był wyraźnie niepocieszony, gdyż i przegrał starcie, i stracił zwierzęta.

— To za mało! — rzekł do Serdecznika. — Posiłek należy popić. Mam w swoich piwnicach pięćdziesiąt beczek skwaśniałego wina. Daję ci osiem dni, żebyś je wypił, ty lub któryś z twoich towarzyszy.

— Wszystkopiju, to jest zadanie dla ciebie.

W osiem dni piwnice były puste.

„Kimże jest ten młodzieniec i jego towarzysze?” — zastanawiał się zaniepokojony król, zupełnie nie wiedząc, jak sobie z nimi poradzić.

Zasięgnął rady jednego ze swoich ministrów, który rzekł mu tak:

— Wasza wysokość, masz przecież w swojej kuchni kucharza, który jest niedościgłym biegaczem. W pięć minut biegnie zaczerpnąć wody do źródła oddalonego o dziesięć mil stąd i wraca z pełnymi bukłakami. Zaproponuj nieznajomemu przybyszowi, by obaj zmierzyli się w biegach.

Król kazał sprowadzić Serdecznika i zaproponował mu wyścig.

— Zrobi się! — odpowiedział młodzieniec, powierzając zadanie Prędkobiegaczowi.

Następnego dnia Prędkobiegacz i kucharz stanęli do wyścigu. Ani się kucharz nie obejrzał, a Prędkobiegacz był już przy źródle, wywołując tym samym zaciekły gniew swojego przeciwnika, który dotąd nie miał sobie równych. Gdy obaj napełnili już bukłaki i odpoczywali na trawie, kucharz — który znał się też na czarach — tak długo patrzył na Prędkobiegacza, aż uśpił go wzrokiem, po czym położył mu na powiekach dwa zielone kamienie, aby się nie obudził, wziął pełne bukłaki i pośpieszył na zamek.

Jednak Tęgosłuch cały czas nasłuchiwał, przekazując swoim kompanom, co działo się w oddali.

— Tęgosłuchu, co oni robią? — spytał Serdecznik.
— Kucharz i Prędkobiegacz zdyszani usiedli przy źródle i rozmawiają. Prędkobiegacz zasnął i głośno chrapie. Kucharz ruszył biegiem do pałacu.
— Bystrooku, spójrz w dal i powiedz nam, co widzisz.
— Kucharz jest w połowie drogi, a Prędkobiegacz leży i śpi z dwoma kamieniami na oczach.
— Chwyć swój łuk — zarządził Serdecznik — i strąć z oczu Prędkobiegacza zaczarowane kamienie. Tylko uważaj, by go przy tym nie zranić!

Niezrównany łucznik napiął cięciwę i strącił kamienie z powiek śpiącego towarzysza.

Ten zerwał się na równe nogi. Pochwycił bukłaki i ruszył z taką prędkością, że w mgnieniu oka dobiegł do pałacu przed kucharzem, wprawiając tym samym w zdumienie króla i wszystkich dworzan.

— Niech będzie! — rzekł pokonany król, a następnie zwrócił się do Serdecznika tymi słowy:
— Człowieka z twoimi zdolnościami wolę mieć za zięcia niż za wroga.
Kilka dni później odbył się piękny ślub. A towarzysze Serdecznika — Prędkobiegacz, Wszystkojad, Wszystkopij, Tęgosłuch i Bystrook — zostali ministrami.

Utwór udostępniony na Licencji Wolnej Sztuki (szczegóły licencji >> klik <<).

Guido Gozzano

(ur. 19 grudnia 1883 w Turynie, zmarły 9 sierpnia 1916) – włoski poeta i prozaik. Był przedstawicielem kierunku określanego mianem crepuscolarismo, charakteryzującego się nostalgiczną nastrojowością i oszczędnym stylem. Jego najbardziej znanym dziełem jest tomik I colloqui, wydany w roku 1911. Poeta posługiwał się dystychem, tercyną i meandrem.

Czytaj więcej >>wiki<<