Artur Scisłowski – Przygoda na Dębowym Szlaku

Posłuchaj

Subskrybuj!

#TataMariusz na Spotify

Spotify

#TataMariusz na Apple Podcasts

Apple Podcasts

#TataMariusz na Google Podcasts

Google Podcasts

#TataMariusz na YouTube

YouTube

#TataMariusz na Podcast Addict

Podcast Addict

#TataMariusz na Player FM

Player FM

Więcej

Przeczytaj

Kto bywał tu i tam, ten dobrze wie, że skrzaty mieszkają w wielu różnych krainach. To takie istoty, które potrafią się przystosować niemal do wszystkiego. Są przy tym wyjątkowo pracowite oraz dbające o innych, a zwłaszcza o szeroko pojętą rodzinę, wliczając w to przyszywanego wuja Perugę i niewidzianych od dawna dwudziestu trzech kuzynów zza wzgórza. Na dodatek szczerze cieszą się z tego swojego bujnego rodzinnego życia, prostego charakteru i niewygórowanych oczekiwań.
Jeśli przyjąć, że takie właśnie z reguły są skrzaty, to Sprita z trudnością można by uznać za jednego z nich. To znaczy Sprit z pewnością jest skrzatem – tyle że dość nietypowym.
Co prawda ma skrzacią posturę i wzrost, bo chudy jest niczym młoda brzózka i sięga najwyżej do kolana komuś, kto miałby kolano akurat na wysokości czubka jego głowy. Poza tym ubiera się po skrzaciemu, czyli całkiem elegancko jak na mieszkańca drewnianej chaty pośrodku wielkiego lasu. Kamizelkę zawsze zapina na trzy guziki, na głowie ma charakterystyczną, szpiczastą czapkę, a wszystko to w gustownym brązie i odcieniach leśnej zieleni. Tylko brody jeszcze nie nosi, bo jest za młody.
Wspomniana chata to dom całego plemienia. Nie jest całkiem zwyczajna jak te, w których mieszkają emerytowane czarownice, ale jest to chata skrzacia, czyli spora, drewniana konstrukcja, składająca się z ogromnej liczby małych chatynek przyklejonych ze wszystkich stron do głównego budynku. W każdej takiej przybudówce mieszka jedna skrzacia rodzina, a wszystkim mieszkańcom przewodzi najstarszy i najmądrzejszy skrzat.
Z reguły oznacza to starca z długą siwą brodą oraz jego mądrą żonę.
Co w takim razie jest nie tak ze Spritem? Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale jeśli choć trochę dłużej się z nim poprzebywa, pogawędzi i poprzygląda uważnie, to staje się to widoczne jak na dłoni. Zresztą sami się przekonacie.
– Spriiit! – zakrzyknął Bert, tęgi, rudobrody skrzat, przykładając obie dłonie do ust. – Gdzie znowu poniosło tego safandułę?
Wracali właśnie Dębowym Szlakiem z wyprawy. Do domu mieli już niedaleko. Wszyscy byli zmęczeni, wszak droga długa i kręta, a robota, którą wykonali, naprawiając most na Zimnej Strudze, też do najłatwiejszych nie należała. Co prawda było ich dwunastu, ale i tak każdy napracował się za dwóch. A teraz jeszcze ten Sprit, nie dość, że cały czas się ociągał, to w końcu całkiem się zawieruszył.
– Spriiit! Nie będę dłużej czekał! Chodź wreszcie, bo chłopaki się wkurzą!
Bert sapnął ze złości i chwilę jeszcze rozglądał się po szumiącym, pełnym życia lesie. Ten widok go uspokajał. Piękny, stary las dawał schronienie niezliczonym gromadom stworzeń, w tym także skrzatom. To był ich cały świat, bardzo dobrze znany i bezpieczny – oczywiście pod warunkiem przestrzegania podstawowych zasad zdrowego rozsądku. Nie było ich znowu tak wiele, raptem dwie. Po pierwsze – nigdy nie schodzić ze szlaku, a po drugie – za żadne skarby nie rozmawiać z nieznajomymi. To wystarczyło, by wieść długie i szczęśliwe życie w skrzaciej społeczności. I wszyscy skwapliwie tych reguł przestrzegali. A przynajmniej prawie wszyscy.
– Spriiit! – Bert krzyknął po raz ostatni i zawrócił do reszty. Wiedział, że nie może całkiem zostawić młodszego brata, bo jak wytłumaczyłby się potem ich rodzicom, ale był tak wściekły, że postanowił dać mu nauczkę. Ileż go można pouczać, żeby się trzymał ze wszystkimi? Ile razy trzeba mu przypominać, co jest do zrobienia, i pilnować, żeby robił wszystko, jak należy, i poganiać, żeby dokończył, zanim się zestarzeje. Dziś miarka się przebrała i Bert poważnie się zastanawiał, skąd wziął się w ich rodzinie taki skrzat.
– Niech się trochę pobłąka sam po lesie, to może zmądrzeje – mruczał gniewnie.
A tymczasem Sprit wcale nie słyszał jego nawoływań. Dochodził właśnie do siebie po upadku ze sporej wysokości. Usiadł i oszołomiony rozejrzał się niepewnie wokoło, ale było tak ciemno, że kompletnie nic nie widział.
To mogło oznaczać tylko jedno: musiał znajdować się pod ziemią, bo na powierzchni nigdy nie nastawała noc. W tej krainie słońce zawsze świeciło na niebie i nikt nigdy nie kładł się spać. Nikt też się nie zastanawiał, czy to dobrze, czy źle – bo zawsze tak było. A wiedzieć, że może być inaczej, mógłby jedynie przybysz z naszego świata, odwiecznie podzielonego na dni i noce.
Sprit wstał powoli, macając ramiona, brzuch i nogi. Wydawało mu się, że jest cały, choć upadek nie należał do przyjemnych.
Znajdował się w jakiejś niedużej grocie. Wysoko na sklepieniu majaczył niewielki, jasny otwór. Tamtędy musiał wpaść, nieostrożnie zbaczając ze szlaku. Pewnie kuzyni szukają go teraz po całym lesie.

Artur Scisłowski - Przygoda na Dębowym Szlaku; Rys. Janek Scisłowski (Skrzaty idą przez las)

– Bert! Gordo! Dorni! – krzyknął najgłośniej, jak umiał. Echo powtórzyło jego okrzyk, ale potem znowu zapadła głucha cisza. Zrezygnowany zaczął sprawdzać ostrożnie stopą, czy może bezpiecznie zrobić krok przed siebie. W końcu jakoś musiał się stąd wydostać.
– Hu-hu! Witaj, niespodziewany przyjacielu – rozległo się nagle gdzieś z tyłu.
Sprit podskoczył jak oparzony, a potem zamarł w bezruchu. Naraz zrobiło mu się strasznie zimno. Przez chwilę miał jeszcze cień nadziei, że się przesłyszał.
Znał niejedną przerażającą historię o niebezpiecznych stworach mieszkających pod ziemią. Rodzice często opowiadali legendy, od których cierpła skóra. Wszystko oczywiście właśnie po to, by dorastające skrzaty nie wałęsały się same po lesie i nie wpadały w jakieś dziury.
– Nie chciałam cię przestraszyć – odezwał się znowu ktoś z ciemności. To był z pewnością prawdziwy głos, dość mocny, lecz w taki nawet przyjemny sposób. – Nie bój się, nic ci nie zrobię. Daję słowo. Jak masz na imię?
– Jestem Sprit – wyszeptał mimowolnie skrzat. Obrócił się powolutku i próbował wypatrzeć właścicielkę głosu. Jednak ciemność zazdrośnie strzegła swojej tajemnicy.
– Witaj, Sprit. Miło mi cię poznać. Spotykam czasami wędrowne skrzaty, ale ty mi nie wyglądasz na wędrowca. Pewnie mieszkasz tu gdzieś w okolicy. Słyszałam, że jesteście bardzo pracowitym ludem. A to się dobrze składa, bo jest pewna rzecz, którą mógłbyś dla mnie zrobić. Naprawdę drobnostka. Cóż to takiego dla odważnego i sprytnego skrzata? Zrobisz to dla mnie, Sprit? A ja w zamian pomogę ci się stąd wydostać. Oboje będziemy zadowoleni.
Głos był spokojny, miarowy, wręcz hipnotyzujący. Przez tę ciemność skrzat czuł, jakby dochodził zewsząd i wypełniał całą jego głowę.
– Jasne… ale co takiego właściwie mam zrobić? – zapytał pospiesznie drżącym szeptem, żeby zbyt długo nie panowała cisza. Gdy głos milczał, nie wiadomo było, co robi jego właścicielka, i skrzat wyobrażał sobie, że skrada się wtedy za jego plecami. Na tę myśl aż przeszedł go dreszcz.
– Dziękuję, Sprit. To miłe z twojej strony, że zgadzasz się mi pomóc. Jakiż to szczęśliwy traf sprowadził cię tutaj, właśnie w chwili, gdy traciłam nadzieję? Już ci mówię, co możesz dla mnie zrobić. Poszukaj pod nogami malutkiej, drewnianej szkatułki. Powinna być niejedna, choć niektóre mogą być połamane. Ukucnij proszę i poszperaj ręką, jest gdzieś w pobliżu. Tylko znajdź taką, która jest nieuszkodzona.
Skrzat posłusznie rozpoczął poszukiwania po omacku. Szukał i szukał, ale oprócz ubitej ziemi, kamyków i jakiegoś żelaznego narzędzia nie natrafił na nic, co przypominałoby szkatułkę.
– Nie mogę znaleźć… – Sprit zaczął się tłumaczyć. – O, coś jednak jest! Taka jakby skrzyneczka z twardego drewna. Chyba jest cała.
– Tak, tak, to właśnie to. – Głos wyraźnie się ożywił. – A teraz podejdź powolutku do ściany. Jeśli dobrze wytężysz wzrok, to ujrzysz dwa kryształy jaśniejące

bardzo delikatnym, niebieskim blaskiem. Na pewno znajdziesz, nie da się ich nie zauważyć, jeśli tylko podejdziesz wystarczająco blisko. Śmiało, to tylko parę kroków. Powiedz, jak je zobaczysz.
Sprit powoli, kroczek po kroczku, zaczął przesuwać się przed siebie. Wytężał wzrok, lecz ciemność była nieprzenikniona. Wreszcie wyciągniętą ręką dotknął szorstkiej, zimnej skały.
– Jestem przy ścianie. – Dał znać nieznajomej. Był podekscytowany tym, że wykonuje jakąś tajemniczą misję, zamiast włóczyć się z kuzynami i tracić czas na tak banalne prace jak naprawianie zarwanego mostu czy przeciekającego dachu. – Gdzie mam szukać tych kryształów, bo żadnego nie widzę?
– Spokojnie, są tam na pewno. Spójrz wyżej.
Skrzat zadarł głowę i wzdrygnął się, bo w ścianie powyżej tkwiły ledwo dostrzegalne, ale jednak przebijające się przez mrok, ślepia. Na szczęście to właśnie były owe kryształy.
– Tak, są tutaj – potwierdził rozemocjonowany. – Ale one piękne!
Świetnie! – Głos wydawał się zadowolony, choć jednocześnie zaczął być ponaglający. – Teraz sięgnij po jeden, wydłub go ze ściany i włóż do szkatułki. Tylko bądź ostrożny.
Sprit wspiął się na palce i wyciągnął rękę, jak najwyżej mógł, ale i tak kryształy były za wysoko. To była najtrudniejsza część misji ze względu na jego skrzaci wzrost. Odłożył szkatułkę i zaczął wdrapywać się po nierównej skale. Wymacywał uchwyty i powolutku piął się w górę, aż w końcu kryształ był tuż nad jego głową.
– Mam cię – wyszeptał tryumfalnie. Gdy ujął w palce jego wystającą część, poczuł ciepło i lekkie drganie. Świecący kamień, większy od największego nawet kasztana, zaskakująco łatwo dał się wyciągnąć ze skały. Sprit zeskoczył, przyciskając zdobycz do piersi. Przez to ciepło i pulsowanie zdawało mu się, że to żywe stworzenie.
– Jest! – wykrzyknął uradowany. – Chowam do szkatułki. Gotowe!
Skrzat obrócił się w stronę, z której, jak mu się wydawało, dochodził dotąd głos nieznajomej i czekał z bijącym sercem na kolejne wskazówki. Coraz bardziej mu się to podobało. Wszystko było takie tajemnicze i niezwykłe, a poza tym świetnie mu szło.
Przeszło mu przez głowę, że powinien już wracać, bo Bert pewnie właśnie go szuka, może nawet martwi się o niego, ale to była naprawdę krótka myśl. Wolał być tutaj w ciemności, niż w świetle słońca robić te wszystkie codzienne i nudne rzeczy.
– Zuch! – Pochwaliła go nieznajoma. – A teraz…
Z góry doszły ich jakieś niespodziewane hałasy. Ktoś krzątał się przy dziurze, przez którą wpadł Sprit. Skrzat już miał zawołać, że nic mu nie jest i żeby Bert się nie niepokoił, gdy jakaś spora sylwetka zasłoniła cały otwór.
– Beanna? Jesteś tam? Kra-kra! Co się u licha dzieje?! Z kim rozmawiasz? – zakrakał ktoś niecierpliwie. To nie był ani Bert, ani żaden inny skrzat. Sprit znowu zadrżał i cofnął się odruchowo, aż plecami oparł się o zimną skałę.
Wirgonie, tylko spokojnie, wszystko jest w porządku. Daj nam jeszcze chwilę. – Głos z ciemności starał się zachować spokój i pewność.
– Kra! Jaką chwilę?! Zaraz będzie tu kilka tuzinów Szarogórców! Chcesz zamienić się w jeża, gdy naszpikują cię strzałami? Bo ja mam inne plany. – Ktoś nazwany Wirgonem odsunął się od otworu, wpuszczając znowu odrobinę światła.
– Beanno, kończ te rozmowy i zabieraj się do realizacji naszej misji! Potraktuj to jako rozkaz!
Mocny, nieznoszący sprzeciwu głos sprawił, że Sprit się zatrząsł i bojaźliwie kręcił głową, patrząc raz w stronę ciemności, a raz w stronę światła, które skrywało kolejnego nieznajomego.
– Dla twojej wiadomości, Wirgonie – tym razem istota nazwana Beanną miała stanowczy i suchy ton głosu – słucham tylko królewskich rozkazów, a ty jeszcze nie jesteś królem.
– I możliwe, że nigdy nie będę, jeśli zamarudzisz tam zbyt długo! – żachnął się Wirgon. – A i ty wtedy nie zostaniesz królową!
Beanna nie odpowiedziała. Z ciemności doszedł tylko odgłos stękania z wysiłku i jęk zawodu.
– Sprit, hu-hu, jednak musisz mi jeszcze trochę pomóc. – Głos na powrót stał się przyjazny, nawet przymilny. – Utknęłam tu na dobre i nie mogę się sama wydostać. Gromlandczycy wszakże nie są stworzeni do przeciskania się przez wąskie podziemne korytarze. Pomóż mi Sprit, podaj szkatułkę.
Skrzat potulnie ruszył wzdłuż ściany w stronę uwięzionej w ciemności Beanny.
A więc to tak! To prawdziwa gromlandzka wojowniczka zakleszczyła się w podziemnym przejściu do groty i była skazana na pomoc zwykłego leśnego skrzata. Tylko co ona tutaj właściwie robiła?
Gdy Sprit zbliżył się już trochę, zobaczył, że to, co brał za fragment ciemności, było tak naprawdę uwięzioną Gromlandką. Dostrzegł zarys ciemnego, owalnego łba i zakrzywionego dzioba. Z przodu wyglądała niewątpliwie jak ogromna sowa. Tylnej jej części nie można było zobaczyć, póki Beanna tkwiła w pułapce.
Hu-hu! Dobrze Sprit, jeszcze kilka kroków. Będę ci wielce zobowiązana. Połóż szkatułkę, a ja ją wezmę dziobem. – Beanna wpatrywała się w skrzata swoimi wielkimi, okrągłymi oczami i śledziła uważnie każdy jego ruch.
Wirgon tymczasem zaczął niespokojnie dreptać na górze, aż ze sklepienia posypał się pył.
– Kra! Idę do ciebie! – Zdecydował i zaczął uderzać w brzegi otworu, by go powiększyć.
– Czekaj! – warknęła nieprzyjemnie Beanna. – Jak będę miała kryształ w dziobie, to dam ci znać. Nie ryzykuj, bo jak je stracimy, to wszystko przepadnie!
O dziwo Wirgon nie skomentował tego i chyba się uspokoił, bo na górze znów zapadła cisza.
– A czemu właściwie chcesz zabrać ten kryształ? – zapytał Sprit niepewnie. Często bywał dociekliwy i nieraz oberwał z tego powodu po uszach od wuja, ciotki czy któregoś kuzyna. Stał teraz przed Beanną, ale na wszelki wypadek poza zasięgiem zakrzywionego dzioba.
– Myślisz pewnie, że jestem złodziejką?! – Gromlandka się oburzyła. – Ja jestem tropicielką! Posłuchaj, Sprit, nie mamy teraz zbyt dużo czasu na pogaduchy. Tak się składa, że przepędziliśmy stąd grupkę Szarogórców. Prawie nogi pogubili, uciekając, ale nie uciekali tak szybko tylko ze strachu. Gnali na złamanie karku, żeby sprowadzić posiłki. A gdy już je sprowadzą, to tak, jak mówił mój szanowny towarzysz, będą próbowali nas naszpikować strzałami albo nadziać na piki. Ciebie również, mój dzielny skrzacie. Daj mi zatem tę szkatułkę, żebyśmy mogli wynieść się stąd jak najszybciej!
– Ten kryształ nas uwolni? – Sprit nie dawał za wygraną, choć głos mu drżał. Nie mógł zrozumieć, w jaki sposób migoczący kamień pomoże im wszystkim umknąć. I czemu był tak cenny, by narażać się na atak?
– To nie tak – odparła Beanna, będąc na granicy cierpliwości. – To Wirgon nas uwolni, ale nie zrobi tego, dopóki nie będziemy pewni, że mamy to, po co przyszliśmy. To naprawdę bardzo ważne. Życie naszego króla zależy od tego, czy zdobędziemy choć jeden taki kryształ. Odkąd pamiętam, wyniszcza go paskudna klątwa, a tylko te niezwykłe kamienie dodają mu sił do życia. Jeśli nie słyszałeś o tej historii, to musisz uwierzyć mi na słowo.
Nagle coś gruchnęło! To sklepienie groty zawaliło się pod ciężarem Wirgona i wpadło do środka wraz z nim. Teraz otwór był ogromny i wpuszczał bardzo dużo światła.
– Hu-hu! Kryształ! – krzyknęła Beanna. Wirgon zbierał się właśnie z ziemi po niespodziewanym upadku. Ten Gromlandczyk okazał się połączeniem kruka z czarną panterą. Miał czarny dziób, skrzydła i ptasie nogi. Tuż za skrzydłami pióra stopniowo przechodziły w futro, bo tylne nogi i ogon były już w kształcie ogromnego kota.
Tak właśnie wędrowne skrzaty opisywały mieszkańców Gromlandii: jako potężne, czworonożne stworzenia, które natura stworzyła w ten sposób, że przednią częścią ciała przypominały jedno zwierzę, a tylną inne.
Sprit tymczasem przyciskał szkatułkę do piersi i rozglądał się przejęty. Gdy światło i pył wypełniły grotę, tkwiący dotąd w skale drugi kryształ oderwał się od niej i uniósł w powietrze, lecąc coraz wyżej i wyżej. Jaśniał przy tym jak małe słońce, tyle że niebieskie. Wirgon chwilę się miotał, chcąc go złapać, ale wreszcie ruszył na pomoc uwięzionej Beannie. Wspólnymi siłami wydostali ją z zakleszczenia.
Gdy Beanna była już swobodna i otrząsnęła resztki ziemi z piór i futra, rozprostowała skrzydła. Sprit ujrzał ją wtedy w całej okazałości. Od czubka sowiego dzioba do końca rudej, lisiej kity. Jednym susem znalazła się przy skrzacie i przednią ptasią łapą chwyciła trzymaną przez niego szkatułkę.
– Wybacz, mały przyjacielu. To zbyt cenne cacuszko, aby zostało w twoich rękach.
Sprit nigdy nie spotkał Gromlandczyka, a tym bardziej nie widział żadnego z tak bliska. Dla skrzata Beanna była tak ogromna, że samą swoją obecnością sprawiała, że jego serce biło jak oszalałe, a całe ciało zesztywniało. Stał więc teraz obezwładniony strachem i pozwolił bez oporu odebrać sobie pudełeczko.
Drugi kryształ był już na poziomie otworu w sklepieniu groty, więc Wirgon wybił się i pofrunął za nim. Spritowi przemknęły tylko przed oczami jego czarne kocie nogi i ogon.
Beanna zamierzała zrobić to samo, lecz zatrzymała się i spojrzała na wylęknionego skrzata.
– Hu-hu! Wskakuj! – Nachyliła lekko grzbiet i opuściła skrzydło. Sprit posłusznie, właściwie odruchowo, wdrapał się na sowie plecy i kurczowo uchwycił piór.
– Trzymaj się mocno!
Gromlandka wyskoczyła z jamy w ostatnim momencie. Kilka niecelnych strzał pomknęło jej śladem, bo z ciemnych korytarzy nadbiegli właśnie szarogórańscy łucznicy.
Wirgon zdążył już wzbić się na wysokość czubków drzew, w pogoni za wznoszącym się wciąż kryształem. Beanna dogoniła go i przez chwilę krążyli na rozpostartych skrzydłach wokół uciekającego skarbu.
Wtedy nadleciał okręt. Tak szybko i niespodziewanie, że zapatrzeni w kryształ Gromlandczycy prawie roztrzaskali się o jego skalne burty. To był „Kamienny Orzeł” – najpotężniejszy z królewskich żaglowców podniebnej floty Szarej Góry. Wyciosany z granitu, z ciemnymi połaciami żagli przypominał burzową chmurę. Rzędy ziejących czernią otworów strzelniczych na każdej burcie dodawały mu posępnego wyglądu.

Artur Scisłowski - Przygoda na Dębowym Szlaku; Rys. Janek Scisłowski (Gromlandczycy i latający okręt)

W powstałym zamieszaniu Wirgon kłapnął dziobem i zamachał skrzydłami, żeby utrzymać się w miejscu. Nie zamierzał wcale uciekać. Beanna patrzyła na niego zdezorientowana, bo okręt właśnie zawracał szerokim łukiem. Płynął teraz w powietrzu powoli i majestatycznie wprost na nich.
– Złożymy oficjalną wizytę – syknął Wirgon, prawie nie otwierając dzioba. Wzbił się trochę i skierował wprost na zbliżający się żaglowiec. Beanna niepewnie podążyła za nim. Gdy Gromlandczycy zwinnie przycupnęli na dziobie, cały okręt lekko zadrżał pod ich ciężarem.
Na pokładzie panowało poruszenie. Szczupli, wysocy Szarogóranie, ubrani w przylegające do ciała, popielate stroje pracowali w pocie czoła przy linach. Sprit przyglądał im się z zaciekawieniem, wychylając się zza sowiej głowy. Z zasłyszanych opowieści wiedział, że mieszkali w jaskiniach na zboczach niebotycznej Szarej Góry i byli mistrzami górniczego rzemiosła. Podobno drążyli długie, podziemne korytarze, które nieraz ciągnęły się aż pod siedliska skrzatów. Szarogóranie władali jednak nie tylko w podziemiach, ale także w przestworzach. Budowali bowiem ogromne, kamienne żaglowce, takie jak ten, na pokładzie którego niespodziewanie się znalazł. W tajemniczy sposób unosiły się one w powietrzu i nieraz muskały czubki sosen, mknąc nad lasem.
Za sterem, otoczony oddziałem łuczników, stał młody król. Skromna korona spoczywała na ciemnych, kędzierzawych włosach, a rysy jego twarzy wyrażały męstwo i zdecydowanie.
Spojrzenia Wirgona i szarogórańskiego władcy spotkały się w krótkiej, milczącej próbie sił. O dziwo w królewskich oczach nie było tej nienawiści do Gromlandczyków, która wyzierała ze spojrzeń pozostałych.
– Coraz częściej się widujemy, Wirgonie – stwierdził król. – Szkoda, że w takich okolicznościach – dodał i przeniósł wzrok na jego towarzyszkę. – A my nie mieliśmy jeszcze okazji się poznać.
– Ja natomiast wiele o tobie słyszałam, Wakancjuszu – rzekła oschle Gromlandka, po czym wyprostowała się z godnością. – Jestem Beanna, dumna córka Jofurii. – Przedstawiła się w tradycyjny dla swego ludu sposób.
Król pokręcił głową z niesmakiem.
– Tacy dumni, a jak wytłumaczycie tę podłą napaść na naszych górników?!
Wirgon zmrużył tylko groźnie oczy i nic nie odpowiedział, bo trzymał w zamkniętym dziobie kryształ. Udało mu się go złapać w ostatnim momencie, gdy niemal zderzyli się z okrętem.
– Podłą napaść?! – Oczy Beanny ze zdumienia zrobiły się okrągłe jak spodki, a potem zapłonęły gniewem. – Jak śmiesz tak mówić o ofiarnej walce o życie naszego króla?! To przez was od pokoleń zmaga się ze śmiertelną klątwą!
Wakancjusz zmarszczył brwi. Nigdy nie miał okazji usłyszeć, co w tej sprawie mają do powiedzenia jego zagorzali wrogowie. Słowa Beanny zaskoczyły go i zbiły z tropu. Wtedy zza monarchy wychylił się nagle siwy, przygarbiony doradca o pomarszczonej i zaciętej twarzy.
– Wy zakłamani mieszańcy! – zakrzyknął, aż trzęsąc się ze złości. – Pielęgnujecie wspomnienie waszej krzywdy, a już nie pamiętacie, że to nasz lud poniósł największą stratę! Może i faktycznie wasz król cierpi każdego dnia, ale wciąż żyje! A to on sprowadził klątwę i to przez jego zachłanność my utraciliśmy naszego wielkiego władcę, który przemienił się w kamień!
Dla podkreślenia swoich słów wzniósł zaciśnięte pięści ku niebu, a potem ryknął jeszcze głośniej:
– Królestwo Szarej Góry nigdy nie da się zastraszyć i pokonać, a każdy taki zdradziecki atak pomścimy z całą bezwzględnością! Nieprawdaż, Wasza Wysokość?!
Ostatnie zdanie skierował do króla z wyraźnym oczekiwaniem, by ten uczynił to, co każdy prawowity szarogórański monarcha powinien uczynić wobec swych śmiertelnych wrogów.
Wakancjusz uniósł rękę na znak dla łuczników, by wycelowali swą broń. Zanim ją opuścił rozejrzał się jednak wokół. Widział swych żądnych krwi żołnierzy, roztrzęsionego doradcę, a naprzeciwko dumne i nieruchome sylwetki Gromlandczyków. Dostrzegł też jeszcze kogoś – przycupniętego na plecach Beanny leśnego skrzata. Przez moment patrzyli sobie prosto w oczy.
A w oczach skrzata był strach, lecz i ciekawość, i szczerość, i odwaga. To wszystko poruszyło w Szarogóraninie uczucia, które dotąd musiał tłamsić jako władca jednego ze zwalczających się ludów. I wtedy król podjął w myślach i w sercu decyzję, która miała zaważyć nie tylko na jego przyszłości, lecz także na losach obu zwaśnionych ras. O skutkach tej decyzji opowiada jednak zupełnie inna historia…
Wirgon i Beanna, korzystając z chwili zawahania Wakancjusza, wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym runęli w dół ze złożonymi skrzydłami. Dopiero tuż nad lasem, rozpostarli je, by lotem ślizgowym skryć się między drzewami.
To był skuteczny, choć niebezpieczny manewr – zwłaszcza dla Sprita, który nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Cudem utrzymywał się na sowim grzbiecie, aż do czasu, gdy lecąc wśród drzew, smagani byli gałęziami. Jedna z nich prześlizgnęła się po boku Beanny i dosłownie zmiotła skrzata. Nieświadoma tego Gromlandka poleciała dalej, a Sprit po kilku nieprzyjemnych spotkaniach z coraz niżej położonymi konarami w końcu wylądował w krzakach.
Leżał jakiś czas, poobijany i zaskoczony tym, że udało mu się przeżyć. Wreszcie wygramolił się z zarośli i chwiejnie stanął na nogach. Gdy się rozglądał, myśląc o tym, w którą stronę teraz się udać, zauważył niedaleko wystającą z trawy znajomą drewnianą szkatułkę. Przez chwilę się wahał, jednak w końcu po nią sięgnął. Gdy już miał pudełeczko w ręku, pośpiesznie schował je za pazuchę, a potem ruszył na poszukiwanie kuzynów.
Jego czułe ucho wychwyciło jakieś dźwięki w oddali. Szedł ostrożnie, niepewny czy to przypadkiem nie odgłosy pościgu albo Gromlandczyków, szukających cennej zguby. Po pewnym czasie rozpoznał jednak wybuchy śmiechu, więc zaczął biec na oślep, do utraty tchu. Wreszcie wypadł spomiędzy chaszczy wprost na Berta, idącego na czele skrzaciej kompanii.
– Gdzieś ty się podziewał?! Ja tu gardło zdarłem wołając za tobą! Ech, zresztą nieważne! Dobrze, że się znalazłeś, braciszku! Niech cię uściskam!
Bertowi minął już całkiem gniew i ulżyło mu bardzo, że Sprit sam się odnalazł. Porzucił poszukiwania w złości, ale w głębi serca miał wyrzuty sumienia. Bał się po prostu, żeby jakieś nieszczęście nie spotkało tego roztrzepanego skrzata. Tyle jeżących włosy na głowie opowieści słyszy się od wędrowców.
Sprit prawie stracił dech w objęciach brata. Już chciał mu opowiedzieć, co takiego go spotkało, gdy nagle z wielkim świstem, prawie zahaczając o czubki drzew, śmignął nad nimi latający okręt. Potężny okręt królewskiej floty z Szarej Góry. Skrzaty w pierwszym odruchu rozpierzchły się po krzakach, ale po chwili, widząc, że niebezpieczeństwo minęło, wylazły z powrotem na ścieżkę. Niektóre szukały pogubionych w popłochu czapek, inne otrzepywały i wygładzały spodnie i kamizelki. Tylko jeden z nich nie ukrył się i teraz też się nie poruszył, mimo że kuzyni przechodzili obok, potrącając go łokciami. Sprit stał jak zahipnotyzowany, wsłuchany w cichnący dźwięk łopoczących żagli. Rozmarzonym wzrokiem błądził po szumiących koronach drzew, za którymi przed chwilą skrył się rozpędzony okręt.
Bert stanął przy nim i objął go ramieniem. Wiedział, że tego marzyciela trzeba postawić na ziemi, tylko tak w miarę ostrożnie, żeby się nie potłukł.
– Chodź, braciszku, szkoda czasu na takie bzdety – powiedział najżyczliwiej, jak umiał. – Chyba świat musiałby przewrócić się do góry nogami, żeby ci dziwaczni Szarogórcy wzięli na pokład kogoś takiego jak my. Poza tym przecież nam najlepiej jest na twardej ziemi, a nie w obłokach.
Ścisnął mocniej młodszego brata i odszedł w stronę reszty gromady. Sprit westchnął i, czując lekkie ukłucie smutku w sercu, poszedł za nim. Śmiechy, chichy i docinki posypały się w ich stronę, a potem zamieniły w zwyczajną wymianę plotek.
– Słyszałem, że Gotfin i Burin wpadli do głębokiej jamy i siedzieli w niej tak długo, aż całkiem ochrypli od wołania o pomoc!
– Co ty gadasz? I nikt ich nie szukał?
– Peruga szukał, ale wiesz, że wujo prędzej sam się zgubi, niż kogoś znajdzie!
– Coraz więcej tych jam w okolicy. Ci Szarogórcy niedługo nam dom podkopią!
– A podobno stary Noegi buduje na wzgórzu ogromną łódź! Chce nas wszystkich do niej zapakować! Mówi, że słyszał głosy, które ostrzegały go przed jakimś kataklizmem!
– Wolałbym pływać w garnku, niż wsiąść z nim na jakąś łajbę!
– Oszalał na stare lata!

Szli tak, śmiejąc się beztrosko, przekrzykując wzajemnie i dając sobie kuksańce, aż dotarli do domu. I wszystko było w jak najlepszym porządku. Może tylko słońce świeciło odrobinę słabiej niż zwykle, ale kto by na to zwracał uwagę. Póki nieustannie obdarzało swą krainę wiecznym dniem, nie było się przecież czym przejmować.

Ilustracje wykonane przez Janka Scisłowskiego (syna Autora opowiadania)

Artur Scisłowski na #TataMariusz

Artur Scisłowski

Psycholog i psychoterapeuta. Od małego zafascynowany literaturą fantasy i science fiction. Całe swoje kieszonkowe wydawał wtedy na książki, które kosztowały nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych! Dużo czyta swojemu synkowi i wreszcie postanowił napisać coś na poważnie dla dzieci. Na początek opowiadanie, ale to dopiero wstęp do książki. Poza czytaniem i pisaniem lubi rodzinne wycieczki, gry planszowe oraz budowanie z duńskich klocków.

Posłuchaj

Wszelkie kopiowanie i rozpowszechnianie utworów w jakiejkolwiek formie bez zgody autora będzie rodziło skutki prawne na podstawie ustawy z dn. 4 lutego 1994 r. o Prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Dowiedz się więcej ? klik.